Ucieczka czy powrót (od/do życia)?

Kilka miesięcy temu zdecydowałem się porzucić moją karierę akademicką, dom, przyjaciół, psa lecz przede wszystkim ojczyznę i ruszyć z plecakiem w nieznane azjatyckie przestrzenie. Kupiłem bilet w jedną stronę do Bangkoku i jestem. Dlaczego to zrobiłem? No właśnie

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie jest to kolejny wpis blogowy z cyklu ja i moja podróż, tylko próba opisania wolty egzystencjalnej, której się podjąłem. Do opisania mojego doświadczenia skłoniły mnie reakcje moich fejsbukowych znajomych na mój wpis, w którym w kilku zdaniach opisałem jak bardzo jestem szczęśliwy w tym nowym świecie. Nigdy w życiu nie dostałem tylu lajków i pozytywnych komentarzy. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że lajki nic nie znaczą, ale ilość uświadomiła mi, że chyba dokonałem gestu, który jakoś poruszył innych (a może moje szczęście ich poruszyło, co oczywiście łączy się ze sobą). Może się mylę, ale pragnę wierzyć, że doświadczeniami (zarówno tymi złymi jak i tymi dobrymi) należy się dzielić. Nigdy bowiem nie wiadomo czyj głos może komuś pomóc lub coś w czyimś życiu odmienić. Dlatego dzielę się, bo wierzę w to, że wszyscy jesteśmy połączeni i choć obecne czasy nie sprzyjają kontaktom międzyludzkim, wszyscy tych kontaktów (nawet jeśli skrycie) pragniemy. A poza wszystkim, chyba właśnie dla takiej wymiany powstał ten jebany internet.

A zatem czy moja wolta egzystencjalna była ucieczką od życia czy powrotem do niego?

Gdy podjąłem decyzję by wyjechać moje otoczenie podzieliło się na dwa obozy: na tych, którzy winszowali mi odwagi i na tych którzy uważali, że uciekam od odpowiedzialności. Zdarzali się i tacy, którzy po prostu uważali, że oszalałem lub, że jest to kolejna błaha “radziowa” fanaberia. Od prawie ośmiu lat jestem wykładowcą akademickim. Uważam, że jestem dobrym nauczycielem, lubię to robić, studenci mnie lubią, dobrze wykładam, ogólnie sprawdzam się w tej roli. Ale samo nauczanie to zaledwie, może trzydzieści procent zawodu wykładowcy. Reszta to tak zwana kariera akademicka, czyli jak każda kariera wiąże się z wyścigiem szczurów, niezdrowymi ambicjami, networkingiem, robieniem rzeczy, które nikogo nie interesują (włącznie z samym robiącym), ale które trzeba robić, bo przecież nie można nic nie robić, zbieraniem punktów (za artykuły, których nikt nie czyta, za wystąpienia na konferencjach, których nikt nie słucha), wspinaniem się (często po trupach) po drabinach struktur akademickich itp. Nie jest to rzecz jasna nic odkrywczego, tak to wygląda wszędzie, dlatego nie traktujecie tego co piszę jako krytyki świata akademickiego per se, ale idei kariery w ogóle. Bo czym tak naprawdę jest ta pieprzona kariera, którą od kołyski nam się wbija do głowy? Ilu z nas potrafi się jeszcze zatrzymać w pędzie jej robienia i zastanowić się: chwileczkę, po chuja mi ta kariera, co ona właściwie znaczy? Który szczebel “kariery” trzeba osiągnąć by wreszcie stwierdzić: OK jestem zadowolony, mam ją (czy to słowo może w ogóle funkcjonować w trybie dokonanym?). Ile musimy dostać nagród, pozycji, władzy, kasy, by wreszcie powiedzieć: wystarczy? Wszyscy kulturowo jesteśmy wytresowani by być najlepszymi (tylko bycie najlepszym w gruncie rzeczy polega na tym, że nikt nie jest najlepszy, trochę jak z paradoksami Zenona z Elei). Czasami mam wrażenie, że bycie królem świata, dopiero w pełni usatysfakcjonowałoby nasze ambicje (inne kwestia, że rzadko kiedy są to “nasze” ambicje, raczej takie, które kultura nam narzuciła), co oczywiście jest absurdalne. Powiedziałem dość, wolę być nikim ale szczęśliwym nikim. No i się zaczęło.

Pierwszy obóz winszował mi odwagi, ale masz jaja, podziwiam cię, zazdroszczę itp. Grzecznie dygałem i dziękowałem za słowa wsparcia. Ale potem zacząłem się zastanawiać czy moja decyzja rzeczywiście była wynikiem odwagi? Czy naprawdę żyjemy w takiej kulturze, w takich czasach gdzie dążenie do indywidualnego szczęścia jest uznawane za wyraz odwagi? Zastanówcie się nad tym jak chore jest takie myślenie. Skoro każdy mój nerw mówi mi, że jestem nieszczęśliwy (ale oczywiście przez wiele lat, jak wielu, wypierałem ten stan, nie chciałem się sam przed sobą do niego przyznać) i każdy (miejmy nadzieje, że ten sam) nerw podpowiada mi, gdzie i jak mógłbym być szczęśliwy. Czy wybór tej drugiej opcji jest heroizmem? Co to za odwaga? To nic więcej jak logiczna kalkulacja. Przecież nie idę na jebaną wojnę! Ale w tym myśleniu jest nauka. Niestety żyjemy w takim świecie, gdzie wybór szczęścia zamiast (bo zawsze musi być coś “zamiast” szczęścia) tego, do czego nas zaprogramowano jest uznawany za odwagę, gdzie bycie szczęśliwym w jakimś sensie (w domyśle) stoi w sprzeczności z robieniem kariery, kasy, z kupnem mieszkania, z domem, z założeniem rodziny czy walką o ojczyznę. Przynajmniej w moim wypadku tak to przedstawiano. WTF?!!! Przecież na każdym kroku wmawia się nam, że właśnie te rzeczy przynoszą szczęście więc dlaczego podświadomie czujemy, że rezygnacji z nich stanowi wyraz odwagi, jest jakimś poświęceniem, gestem heroicznym. Coś tu nie gra, bo nie chodzi mi o to, że te rzeczy nie mogą przynieść szczęścia (jak to się szumnie nazywa). Na pewno mogą, mi wielokrotnie przyniosły, ale sam fakt, że tyle osób (nawet zapewne nie wiedząc o tym) zestawia mój hedonistyczny wyjazd do Azji z realizacją tych projektów (czyli podtrzymywaniem status quo) w kontekście odwagi, świadczy o tym, że coś jest nie tak z naszym myśleniem i świecie, w którym to myślenie urzeczywistniamy.

Drugi obóz, czyli ci co uważają, że uciekam od życia poprzez ten wyjazd, jest znacznie bardziej skomplikowany lub raczej bardziej złośliwy bo erystyczny. Zasada myślenia jest podobna, sprowadza się do relacji dwubiegunowej: albo szczęście albo reszta. Tyle że w tym wypadku, ta reszta (rodzina, dom, kariera, kasa itp.) ubrana jest (w ramach mechanizmu obronnego) w bezdyskusyjną kategorię obowiązku. Ty zły, nie chcesz stawić czoła swoim obowiązkom i uciekasz! O jakich obowiązkach tu mowa? Bo rozumiem gdybym był na przykład ojcem i mężem i nagle zdecydował się rzucić rodzinę i wyjechać, to można by było mówić o ucieczce, ale przecież tak nie jest więc wobec czego mam obowiązki? Mam wrażenie, że ten rodzaj argumentacji w dużym stopniu osadzona jest w polskiej mentalności, gdzie mianem obowiązku określa się przynależność, a raczej po prostu konformizm. Innymi słowy myślenie typu: wszyscy płyniemy na tym samym statku, nie można się wybijać, nie można zmieniać kursu ani pokładu, jesteśmy tu razem na dobre i na złe, to jest nasz obowiązek. Znana polska skłonność upupiania, skoro ja nie mogę, to i ty nie możesz. Problem w tego typu myśleniu jest taki, że bazuje ono na niewłaściwych przesłankach, bo zakłada jakąś dziwną, immanentną niemożność zmian (na straży których stoi świętość obowiązku). Przecież każdy może zrobić, to co ja robię. Wielokrotnie (choć nie zawsze) przeszkody, którymi się usprawiedliwiamy w podjęciu takiej decyzji są wyimaginowane, związane z jakimś chorym poczuciem komfortu związanym z życiem w stadzie. Jeśli nawet komuś w takim poczuciu jest dobrze, to ja się cieszę, ale nie można łajać tych, którzy chcą inaczej. Mi nie było dobrze więc staram się to zmienić. Pamiętacie jak obrzucono błotem Marie Peszek, za to, że w jakimś czasopiśmie stwierdziła, że Tajlandia wyleczyła ją z depresji? O tym mówię.

Nie uważam mojej decyzji za ucieczkę, wprost przeciwnie, po raz pierwszy od nie wiem jak dawna czuję, że wróciłem do życia, że to właśnie ostanie kilka lat były ucieczką. Ucieczką od zmierzenia się z samym sobą, przyznania się do tego, że nie jestem szczęśliwy; ucieczką przed podjęciem decyzji (bo ta decyzja nie była łatwa, nie myślcie sobie) o zmianie, wyjściem poza moją strefę komfortu. Ale nie zgadzam się także na to, by postrzegać mojej decyzji w kontekście odwagi. To nie jest odwaga, to jest nasz ludzki, jebany obowiązek by walczyć o szczęście!

Zdaje sobie sprawę jak banalnie brzmi to wszystko co tu piszę. Stary nie odkryłeś Ameryki, wszyscy to wiedzą! Banał! To dlaczego nic z tym nie robimy? I to prowadzi mnie do kwestii szczęścia i jak w kulturze zachodu jest ono bagatelizowane, umniejszane (jako niegodne refleksji), infantylizowane (pewnie nie ma takiego słowa), lecz przede wszystkim banalizowane jako stan nietwórczy. Szczęście jest kiczowate, banalne. Gdy o nim mówimy, piszemy lub przeżywamy wydajemy się nawiedzeni, głupi, naiwni. Tak czuję się teraz. Z trudem przychodzi mi pisanie takich farmazonów. W końcu zawsze uważałem się, za osobę głęboką, skomplikowaną, twórczą a tu takie pierdolenie pensjonarki. Wierzcie mi, nie jest to łatwe, ale inaczej nie można lub przynajmniej ja teraz inaczej nie mogę. Może o szczęściu nie powinno się mówić, tylko je przeżywać. Może nasz język (i nie chodzi mi o język polski, tylko język w ogóle, choć to pierwsze też jest warte zastanowienia), retoryka, strategie estetyczne są nie adekwatne by o tym mówić? Może kultura zachodu nie ma odpowiedniej formuły artystyczno-intelektualnej by mówić o szczęściu. To trochę jak z listami miłosnymi. Najlepsze (w sensie artystycznym) są te, które piszemy do niespełnionej miłości. Gdy kochamy ze wzajemnością, w naszym języku pojawiają się same banały. Bo gdy jesteśmy zakochani, jesteśmy banalni, nie szukamy metafor, wyrafinowanych konstrukcji poetyckich, po prostu, najzwyklejsze “kocham cię” w wystarczy i w pełni oddaje to co czujemy, urasta do największej poezji. Ilu z nas rzygało na widok zakochanych par trzymających się za rękę, szepczących sobie do ucha czułe słówka. Jacy oni banalni, jakie to kiczowate. Podejrzewam, że wielu tak samo rzyga czytając o moim szczęściu. I słusznie, sam by rzygał i dlatego wydaje mi się ważne by o tym pisać. Pamiętacie film Mike’a Leigh “Happy-go-lucky”? Jezu jak mnie główna bohaterka wkurwiała, jaka wydawała mi się głupia, małostkowa, bo przecież nie można ciągle być tak radosnym i szczęśliwym. A dlaczego kurwa nie, ja się pytam? Odczuwanie szczęścia (podobnie jak miłości) łączy się z wstydem i poczuciem winy. Ironia jako wszechobecna dziś strategia intelektualno-artystyczna zabiła możliwość twórczego mówienia o szczęściu. Ale o tym w następnym wpisie.
Trwa ładowanie komentarzy...