Banalność szczęścia

Jestem szczęśliwy. Głupio, banalnie, nieskomplikowanie szczęśliwy. Chcę się tym dzielić, ale jak? Czy o szczęściu można mówić (pisać)? Czy nie należy o nim milczeć i po prostu je przeżywać? Bo mam wrażenie, że język, którym posługujemy się do opisu tego stanu, w trakcie jego tak zwanego posługiwania, staje się banalny, głupi i naiwny. A może to sam stan szczęścia jest banalny, głupi i naiwny i język nie ma z tym nic wspólnego? Czy szczęście w ogóle jest godne refleksji?

Każdy zwrot, słowo, odniesienie, które piszę będzie trącić Paulo Coelho, a przecież jesteśmy tacy głębocy, tacy inteligentni i twórczy, że nie wypada trącić Coelho. Przynajmniej ja tak zawsze uważałem. Dlaczego? Może czasem warto potrącić czymś, nawet Coelho (choć wielu by pewnie wolało, żeby to samego Coelho coś potrąciło, najlepiej duża ciężarówka). Przecież nie może być tak, że tylko smutek jest twórczy, pełen inspiracji i głębi. Czy może? Nie, nie godzę się na to. Potrąćmy zatem trochę.

Zawsze uważałem, że “Alchemik” (czy inne tego typu literackie "teksty") to dno. Nadal tak uważam, ale pojawił się problem, bo coraz częściej łapie się na tym, że sam tak piszę, sam tak przeżywam i szukam podobnych rzeczy co pasterz z “Alchemika”. Używam słów typu magia, światło, szczęście i trochę się sobą brzydzę, ale też trochę inaczej nie potrafię. Kto z was w ogóle czytał “Alchemika”? Podejrzewam, że nie wielu, przynajmniej nie wielu z tych, co się “uważają”. Wieszamy psy na tego typu literaturze (bo nie chodzi tylko o Coelho) jako coś poniżej nas, oczytanych, artystycznie wrażliwych "intelektualistów". Przynajmniej ja zawsze tak myślałem, krytykowałem “Alchemika”, oczywiście nie przeczytawszy go. A teraz? Nie wiem co począć, bo zawsze uważałem się za osobę, która nie da się myśleniu z cyklu odkryj w sobie światło, dziecko, magię czy co tam jeszcze każą nam odkrywać by dokonać “duchowego przebudzenia”, patrzeć w niebo, doceniać gwiazdy i tarzać się ze szczęścia w trawie. Ja jestem inny, skomplikowany, skończyłem przecież filozofie. Tylko krew, łzy i ekstrementy (w sensie metaforycznym) są twórcze, tylko o smutku można pisać, o cierpieniu, o śmierci. A los zrobił mi psikusa, bo nagle jestem szczęśliwy i chcę o tym pisać, ale wszystko, co napiszę trąci Coelho. A przecież ja całe życie dązyłem do tego żeby niczym nie trącić, no może jedynie Sebaldem lub Coetzee, w ostateczności Kierkegaardem, no ale na Boga, nie Coelho. Czy to oznacza, że w jakiś sposób się cofam, stając sie pretensjonalnym naiwniakiem rodem z amerykańskich książek pseudopsychologicznych z cyklu self-help lub co gorsze, nawiedzonym hipiso-newage'owcem, obwieszonym kryształkami i szukającym żródeł energii w leśnnych ściółkach lub leczącym poprzez reiki schorowane aury? A może w jakis sposób idę do przodu, w sensie powrotu do pewnej pierwotnej natury ludzkiej, którą kultura i technologia odczarowała? Która, owszem jest banalna, naiwna i według naszych "warszawskich" standardów - głupia. Może smutek się wyczerpał, albo przynajmniej wyczerpał się dla mnie, może wzniosłość (ten kamień węgielny zachodniej sztuki) się zdezaktualizowała na rzecz banału. Może czas wprowadzić modę na szczęście. Happiness is the New Black!

Odczuwam dziwne, trudne do zakwalifikowania poczucie wstydu i winy ze stanu szczęścia, który nieustannie tu doznaje. Wstyd wynika z tego, że rzeczywiście zamieniam się w Coelho. Cóż, jakoś będę musiał sobie z tym poradzić lub znaleźć sposób by nim trącić, nie trącąc zupełnie. To moja misja. Poczucie winy natomiast jest bardziej skomplikowane i wynika z szeregu blokad, które zaszczepiła nam nowoczesna kultura. Przede wszystkim myślenie z cyklu nie pokazuj, że jesteś szczęśliwy, bo zaraz ktoś zazdrosny przyjdzie i ci to szczęście zajebie. To tak jakbyśmy przez całe życie grali w pokera i od kołyski uczona nas blefować gdy trafią się nam zbyt dobre karty. Co masz? Nic, wiesz chujowe rozdanie. Inna tendencja (specjalność polska) to umniejszanie swojego szczęścia (zresztą dotyczy to nie tylko szczęścia ale sukcesu czy po prostu komplementom). Co tam słychać? A nic, wygrałem w totka. I co, nie cieszysz się?! Wiesz, to tylko parę milionów, nie ma o czym gadać. Nietuzinkową zdolność Polaków do najwyższych lotów samodeprecjonowania na razie zostawmy, bo to temat rzeka. Kolejna blokada, to zbyt duża łatwość dawania się wciągać w negatywne relacje z innymi ludźmi. Co tam słychać? A wiesz fantastycznie. Tak? To super, bo u mnie chujowo. I po dwudziestu minutach rozmowy, nasze pierwotne "fantastycznie" zmniejsza się do rozmiarów fiuta zanużonego w lodowatej wodzie. Inna sprawa, że rzadko kiedy chcemy słuchać o szczęściu innych. O chorobach, braku pieniędzy, klęskach to i bardzo chętnie, ale jak ktoś opowiada o szczęściu, to czujemy się tacy jacyś skrępowani, jakby ten ktoś wyjawiał nam najskrytsze tajemnice swojego życia seksualnego, które nota bene są znacznie bardziej społecznie akceptowane niż poczucie szczęścia. Prędziej w Charlotte wyznamy, ze byliśmy na gang bangu z pięcioma wielkimi murzynami z Ghany niż do tego, że przepełnia nas poczucie szczęscia, tak po prostu, naiwnie, głupio, nawet bez szczególnych fajerwerków. O jezu, po pierwszym słowie wszyscy przy stoliku (i przy innych stolikach) przestaliby mnie słuchać (lub podsłuchiwać).

Miałem kiedyś znajomego. Był reżyserem teatralnym, to znaczy nadal jest reżyserem teatralnym, tylko z różnych powodów przestał być moim znajomym. W każdym razie był to człowiek, który uwielbiał taplać się w tak zwanym trzewiach, w smutku, w rozpaczy. Zarówno na poziomie towarzyskim, jak i artystycznym. Świat jest zły, nic nie wart. Pogrążmy się w otchłani, szczęście nie istnieje, zwykł powtarzać. Perspektywa niewątpliwie uwodzicielska. Tyle że w pewnym wieku i po pewnych życiowych doświadczeniach, człowiek powinien wyrosnąć z takiego myślenia. Zawsze pociągał mnie mrok, jako siła twórcza, ale też jako pewna opcja atrakcyjności towarzyskiej. Dziś zastanawiam się, co bardziej mnie pociągało: rzeczywisty potencjał twórczy smutku czy stylizacja? Co tu dużo mówić, smutek, cynizm czy malkontenctwo to bardzo łatwy sposób osiągnięcia popularności. I chyba to jest klucz do tych rozważań. Szczęście nie jest zbyt chwytliwe towarzysko, sprzedajne w pewnych gronach, lepiej (i skuteczniej) uwodzi się smutkiem. Wydajemy się wtedy bardziej głębocy, dwuznaczni, nietuzinkowi, bo przecież wszyscy mogą być szczęśliwi, a wybieram jakoś choropojętą kontestację. To trochę jak one night stand podczas, którego się śmiejemy i żartujemy. Nie wypada. O nie. Seks na jedną noc musi być poważny, nie można się bawić, być szczęśliwym bo zaraz partner się zacznie zastanawiać co jest nie tak, bo przecież my tu na poważnie, seksualnie, nawet mrocznie (bo przecież wielkomiejskie ruchanie z samotności) a ten w chichot. Głupi jest, nie poważny. Nie lubię. A ja się pytam dlaczego nie?! Rechoczmy, chichoczmy, śmiejmy się nawet podczas seksu! Bądżmy głupi, banalni, naiwni, nawet kosztem ostracyzmu. Ktoś przecież w tym jebanym życiu musi szerzyć szczęście. Nie może być tak, że tylko Coelho to robi, bo wtedy, to naprawdę będziemy w dupie.
Trwa ładowanie komentarzy...