Je suis un homme

Nigdy za bardzo nie lubiłem Paryża, w ogóle Francuzów nie darzę zbyt wielką sympatią. Dlaczego tak zaczynam? Bo uleganie generalizacjom, stereotypizacja, ksenofobia są kluczowe do zrozumienia tego, co się stało. Czas odczarować wydarzenia paryskie, czas przestać robić z Francji, całej Francji, męczennicy wolności słowa, czas przestać myśleć o zbrodniarzach tylko jako o muzułmaninach, czas przestać sprowadzać to wydarzenie do kategorii wojny kulturowej, religii czy ideologii i spojrzeć na nie przede wszystkim z perspektywy ludzkiej. Ludzkiej tragedii. Je suis un homme!

Nie lubię Francuzów i co z tego? Tak samo nie lubię Rosjan, prawników, pań w okienku na poczcie czy kotów. Każdy czegoś lub kogoś nie lubi. Nie wstydźmy się tego, co więcej powinniśmy te rzeczy sobie uzmysłowić, bo tylko w ten sposób możemy przestać im ulegać. Moja antypatia nie powinna mieć wpływu na to jak oceniam to, co się stało, tak samo jak fakt, że gardzę Charlie Hebdo nie powinno umniejszać tej tragedii. Racja? Racja. To dlaczego to, kim byli zamachowcy (i nasz stosunek do islamu) rzutuje na to, w jakich kategoriach oceniamy ich zbronie?



Siedzę teraz w Malezji, kraju bądź, co bądź muzułmańskim i mam potrzebę skomentowania wydarzeń czwartkowych. Nie popieram przemocy, w żadnej postaci, ale nie popieram także (a nawet bardziej) bezmyślnych reakcji emocjonalnych, które są upubliczniane. Innymi słowy, nie popieram czegoś, co nazywam emocjonalnym brandzlowaniem się. A to w ostatnich dniach zaobserwowałem w różnych mediach, a szczególnie w tak zwanych mediach społecznościowych. Objawem tego, było powszechne postowanie złamanych ołówków lub zmienianie swoich zdjęć profilowych na 'je suis charlie'.

Rozumiem potrzebę reakcji na ten atak terrorystyczny. Czujemy się bezsilni, dotknięci, w jakiś sposób obnażeni. Nie jest to przyjemne uczucie, ale terroryzm właśnie na tym polega i to jest w nim najbardziej chujowe, nawet nie tyle te śmierci, co stan po, w którym my żyjący jesteśmy pozostawieni. Bo nie chodzi o tych zabitych per se, tylko o nas. Terroryzm, ma przede wszystkim napędzać strach i poczucie bezsilności. Problem w tym, że nie pozbędziemy się tego poczucia poprzez zmienienie naszego zdjęcia profilowego. Tego typu działanie nic też nie zmieni w świecie. Daje nam jedynie chwilowe ukojenia, nie czujemy się tacy bezsilni, obojętni, coś przecież zrobiliśmy. Patrzcie jak płaczę, jak 'solidaryzuję się z ofiarami' jak to szumnie nazywamy. Jestem dobrym człowiekiem i robię coś. Nie ważne, że za parę dni, znowu będę postować filmiki z kotkami, zdjęcia swoich dzieci lub potraw, które właśnie jem. Ja tego nie popieram. Nie zgadzam się z takimi reakcjami. Nie płakałem po Charlie Hebdo! Dlaczego?

Tak samo było z Ukrainą rok temu. Co te wszystkie flagi w profilówkach, poza chwilowym poczuciem indywidualnego odreagowania emocjonalnego, naprawdę zmieniły? Kogo dziś obchodzi Ukraina? Przestańmy, bo tego typu działania jedynie rozwadniają problem, a problem, który wydarzenia paryskie naświetliły jest bardzo poważny.

Musimy niestety zaakceptować naszą besilność, przynajmniej teraz, bezpośrednio po tych wydarzeniach, bo problem z terroryzmem nigdy nie polega na samym ataku, tylko leży gdzie indziej, znacznie głębiej w trzewiach naszej kultury. Terroryzm w sposób skrajny, wydobywa na wierzch wszystkie wypierane problemy Zachodu. Tylko poprzez zaakceptowanie naszej bezsilności, możliwe jest wyjście z błędnego koła zerojedynkowej akcji i reakcji, która napędza ataki terrorystyczne. Myślenie z cyklu wy nam WTC to my wam Irak, prowadzi jedynie do dalszej przemocy, a interpretacja ataków terrorystycznych w kontekście wojny kulturowej, ideologicznej czy ataku na wartości Zachodu, właśnie do takiego myślenia prowadzi. Zaakceptowanie bezsilności nie należy mylić z pasywnością czy konformizmem. Są to zupełnie inne kategorie. Nie nawołuje również do bezczynności, tylko przeanalizowania pobudek naszych działań reakcyjnych, bo nie zawsze są one jasne i często mogą narobić więcej szkód niż przynieść dobra.

Nie był to atak na wolność słowa, bo to związane jest z cenzurą, która zakłada pewne zinstytucjonalizowane działanie (rządu, korporacji czy czegokolwiek, co właśnie jest u władzy). Wydarzenia w Paryżu były atakiem terrorystycznym. Aż, ale też tylko. Fakt, że była to gazeta, w pewnym sensie jest incydentalny. Każdego dnia ktoś nie zgadza się z czyimś światopoglądem i ucieka do przemocy. W tej sytuacji, nikogo nie obchodzi czy atakowany jest dziennikarzem, rysownikiem czy lekarzem. Człowiek ogarnięty rządzą przemocy przestaje myśleć, nie ważne czy jest muzułmaninem, katolikiem, filozofem czy przedszkolanką. Różnica pomiędzy tego typu działaniem a współczesnymi atakami terrorystycznymi leży w rozgłosie medialnym, który takim atakom jest nadawany przez prasę, telewizję i coraz częściej media społecznościowe. Dlatego musimy się pilnować by nie spłycać problemu przez posty, które często są równoznaczne emotikonom w smsach. Puste, jedynie udające zaangażowanie.

Wiele osób zapewne nie zgodzi się ze mną, twierdząc, że przecież nie była to bomba w metrze, która ma na celu przede wszystkim rozniecić strach i chaos, tylko atak na konkretną instytucję, na gazetę, która jest znana z tego, że broni wolności słowa (a raczej wolności szydzenia z innych). Współczeny terroryzm nigdy nie jest atakiem na 'coś przypadkowego', obiekt zawsze jest istotny. Będę się upieral, że fakt iż była to redakcja gazety jest incydentalny, nie oznacza to oczywiście, że atak ten nie jest symboliczny. Jest. Siła terroryzmu na tym właśnie polega. Zawsze jest to pewien rodzaj przemocy symbolicznej (Baudrillard). Upieranie się jednak - na poziomie dyskursu publicznego czyli dość powierzchownym poziomie, ale żaden inny nie jest nam dostępna - że atak ten jest jakimś wiekopomnym zamachem na jedną z podstawowych wartosci Zachodu, jaką jest szumnie zwana wolność słowa jest niebezpieczne między innymi z dwóch powodów. Po pierwsze czyni z ofiar męczenników, a to zawsze prowadzi do wojny. Czego w tej sytuacji należy unikać jak ognia, bo konsekwencje mogą być katastrofalne. Po drugie myślenie w tych kategoriach otwiera drogę do dyskusji na temat granic wolności, obrazy religijnej itp.. Dyskusji, która według mnie sprowadza problem na śliski grunt wartościowania morderstwa, relatywizmu kulturowego, etycznej ambiwalencji, myślenia z cyklu co było gorsze Holokaust czy Ruanda czyli pozycjonowania terroru w zależności od bliskości do naszej kultury i wartości, które, podobno wszyscy wyznajemy i chcemy bronić.

Z obrzydzeniem oglądam CNN, który nieustannie od kilku dni relacjonuje wydarzenia paryskie, a w tym samym czasie w Nigerii zmasakrowano dwa tysiące osób. Co jakiś czas pojawia się relacja z tego wydarzenia, na zasadzie egzotyki. Nigeria jest przecież daleko, żaden obcy (kulturowo, rasowo) nie dokonał tam zamachu na powszechnie wyznawane (czyli nasze) wartości kulturowe. U nich, tam, daleko, w Afryce zawsze będzie żle, to przecież barbarzyńcy. Co innego u nas, w Europie. Kurwica mnie strzela jak słysze to przeklęte My i Oni. A w tym tygodniu, tylko to było słychać. Jako Polacy szczególnie powinniśmy wystrzegać się tego typu rozróżnień, a sprowadzanie ataku na redakcje Charlie Hebdo do kwestii ataku na wolność słowa, do tego właśnie prowadzi. Bo atakujący przecież nie byli Francuzami, przynajmniej nie takimi prawdziwymi, z dziada na pradziada (przecież żaden prawdziwy Francuz nie dopuścił by się takiej zbrodnii) czy nawet Europejczykami. Nie, oni byli inni. Dlatego musimy się bronić. Nie był to atak, tylko inwazja. Uważajmy na tego typu myślenie, bo sytuacja i tak już jest maksymalnie napięta.

Nie jestem Charlim. Nie jestem Ahmedem. Nie jestem Francją. Jestem człowiekiem, tak samo jak ofiary i mordercy. Wszyscy jesteśmy ludźmi, a ludzie robią sobie krzywdę. To nas dzieli, ale też łączy. Na tym dla mnie polega akceptacja besilności. Rozpatrywanie tej tragedii w jakimkolwiek innym kontekście poza ludzkim prowadzi do polaryzacji problemu, tworzenia barykad, bezmyślnych reakcji emocjonalnych i może spowodować lawinę konsekwencji, z którą ten nasz jebany i uwielbany Zachód sobie nie poradzi. Trzech złych ludzi zabiło dwunastu niewinnych ludzi. Ot co. Straszne to i smutne, ale tylko to.

"Każdy rodzaj kolonizacji zakłada oswajanie bestii bestialskimi metodami; związany jest z konwersją i projekcją zwierzęcia i człowieka, różnicy i identyczności. Wystawiony na pokaz odmieniec ustanawia granicę i daje zapewnienie, że dzicz, to, co zewnętrzne, stało się swojskie.” (S. Stewart)
Trwa ładowanie komentarzy...