O autorze
Filozof, kulturoznawca i początkujący pisarz. Wieloletni wykładowca SWPS w Warszawie. Absolwent filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i instruktor nurkowania. Zajmuje się filozofią kultury, antropologią i estetyką; obecnie kończy powieść i podróżuje. Autor książki ‘Efekt Lalki. Lalka jako rzecz i obraz’ i redaktor naukowy publikacji "Kulturowe wymiary ludobójstwa". Na razie, nie ma domu.

TV POLAND czyli o świętach przed telewizorem i jak bardzo jest to bolesne

Od lat nie posiadam telewizora. Zawsze szczyciłem się tym faktem, lecz podczas tegorocznych świąt zrozumiałem, że nieoglądanie TV, nie jest gestem kontestacji - jak dotychczas uważałem - lecz luksusem, na który mogą sobie pozwolić nieliczni.

Wyjazd na święta do domu, odkąd przeprowadziłem się do Warszawy, zawsze łączył się dla mnie z możliwością zatopienia się (a raczej utopienia) przez kilka dni w polskiej otchłani programów telewizyjnych. Efektem czego jest dojmujące poczucie trwogi. W tym roku było ono szczególnie bolesne. Trzydniówka przed telewizorem przypomina cug alkoholowy i jak każdy cug, kończy się depresją, gdy trzeciego dnia bez sił, półprzytomny, zdebilały leżę przed telewizorem przybity stanami lękowymi i bełkoczę kurtrzowskie: the horror, the horror. W takich chwilach nawet 'Kevin sam gdzieś' nie pomoże.



W tym roku jednak świąteczny cug doprowadził mnie do licznych refleksji, które w formie przebłysku iluminacji trafiły mnie w pociągu gdy wracałem do Warszawy. Na marginesie głównego wątku pozwolę sobie na pytanie: czy pociąg jadący z Gdańska do Warszawy naprawdę musi jechać przez Bydgoszcz i Toruń rozciągając czas podróży do ponad siedmiu godzin? Ja rozumiem, że remonty torów i w ogóle, ale szanowne PKP, to naprawdę nie jest normalne, żeby wracając z północy kraju jechać przez południe. 'Takie są polskie realia.’ 'Zawsze może Pan wyjechać do Anglii', usłyszałem od konduktora gdy poruszyłem tę kwestię. Ta odpowiedź i przesuwający się za oknem krajobraz polskiej wsi, kobiet wracających z siatami Lidl’a, znudzonej młodzieży palącej papierosy na przystankach PKS i mężczyzn pijących Warkę Strong przed spożywczakiem, boleśnie wyraźnie oświetlony zimowym słońcem spowodował, że wróciłem myślami do telewizji.

Zrozumiałem, że mój bojkot jest oznaką elitarności. Mam możliwość nieoglądania telewizji, gdyż żyję w takim środowisku, które daje mi wiele innych opcji: książki, podróże, kino, knajpy itp. Dla przeważającej części Polaków TV stanowi jedyne źródło oglądu i doświadczania rzeczywistości. Banał, wiem, ale czasem taki banał trzeba głośno wypowiedzieć: to jaki obraz świata przedstawiany jest w telewizji, wpływa na kształt naszych zainteresowań, gustów, światopoglądów. To czyni Polskę krajem, z którego lepiej wyjechać niż go zmieniać. Jeżeli ja, po trzech dniach przed telewizorem, czuję się wypompowany z myślenia i mam ochotę podciąć sobie żyły pilotem, to co musi czuć i myśleć ponad osiemdziesiąt procent społeczeństwa polskiego, która spędza po kilka godzin dzienne przed telewizorem? Czy w ogóle po takiej dawce TV może cokolwiek myśleć i czuć?

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie odkrywam tu przysłowiowej Ameryki. Telewizja po to została stworzona by ogłupiać masy, ale czy w takim kraju jak Polska, gdzie myślenie jest towarem luksusowym, a raczej zwierzęciem na wymarciu, nie powinniśmy zadbać o to medium? Odpowiedzialnie je kreować? Nie chodzi o 'prawdę' lub czytanie na antenie Heideggera, ale o podjęcie próby dostarczenia ludziom jakiejś różnorodności i przykładów egzystencji, które mówią coś więcej o życiu niż 'Pamiętniki z wakacji'. Wiem, że telewizja jako medium masowe nie może być 'ambitna' (nota bene zauważyłem, że w dzisiejszym dyskursie publicznym słowo 'ambitne' zaczyna funkcjonować jako określenie pejoratywne). Niech będą produkowane programy typu 'Pamiętniki' tylko z minimalnym wyczuleniem na to, że programy te kształtują myślenie, w miarę odpowiedzialnie. Niech to będzie manipulacja (bo inaczej nie może być), ale manipulacja w jakimś kierunku i z klasą.

Przykład. Oglądam odcinek amerykańskiego reality show MTV 'Nastoletnie matki'. Durna rzecz, ale pod koniec odcinka wprowadzona jest namiastka pedagogiki (kolejne słowo, które się pejoratywizuje): ktoś te dziewczyny poddaje terapii, pyta o przyszłość, ukazuje możliwości wyjścia z tej trudnej sytuacji itp. Nie jestem na tyle naiwny by wierzyć, że to coś zmieni, zapewne same bohaterki nie skorzystają z tych rad, ale widz dostaje przekaz, który przynajmniej sili się na wprowadzenie konstruktywnego, pozytywnego myślenia o życiu.

Godzinę później oglądam polskie 'Trudne sprawy'. Sytuacja bardzo podobna. Nastoletnia mama mieszka ze swoją matką, która jest zaledwie kilkanaście lat starsza od niej i cały odcinek bazuje na ukazaniu kłótni pomiędzy nimi, o to, że ta młoda zostawiła swojego dwuletniego synka w pokoju z kotem, który go podrapał w nos. Zarzuty starszej matki o brak odpowiedzialności sprowadzają się przez te czterdzieści pięć minut, do tego pieprzonego kota, a jej rodzicielskie rady do tego by go oddała do schroniska. Młodsza nie chce i tak w kółko. Ani razu nie pojawia się jakakolwiek próba głębszej analizy tej sytuacji przez bohaterki (które dodajmy są fikcyjne i to od twórców zależy co mówią), rozmowy niewykraczającej poza pyskówki, uświadomienia nawet jeżeli nie bohaterom to przez bohaterów, widzom, że można logicznie myśleć, że nasze życie możemy kreować, a nie bezmyślnie się mu poddawać. Idea programu sprowadza się do tego by widz mógł opowiedzieć się po którejś ze stron, po czym stwierdzić, że jego własna sytuacja nie jest wcale taka zła i nie musi nic dalej robić ze swoim życiem lub, że jest zła, ale przecież w telewizji też tak jest więc po co to zmieniać. Na Boga nawet 'Ekipa z Jersey' ma coś więcej do zaoferowania widzowi.

W drugi dzień świąt moja babcia zaprosiła na obiad naszego sąsiada. Sześćdziesięcio paroletniego alkoholika, który całe życie przepracował jako stróż na parkingu. Dobry człowiek, pomaga mojej babci nosić zakupy, więc zawsze gdy jestem w Trójmieście kupuję mu pół-litra. Rozmowa przy obiedzie schodzi na gotowanie. Opowiadam mu, że bardzo lubię gotować i co ostatnio zrobiłem. Sąsiad stwierdza, 'no tak, bo Ty to jesteś taki francuski piesek, jeżeli chodzi o jedzenie. Najchętniej jadłbyś tylko w luksusowych restauracjach typu KFC lub PizzaHut'. Jest to prosty człowiek, ale niegłupi, więc skąd mu się wzięła ta asocjacja, że luksus to McDonald's? Moja babcia, która przez całe życie sama robiła pierogi świąteczne, w tym roku kupiła je w Biedronce, żeby - cytuję - było elegancko.

Nie wyśmiewam się z mojej babci ani z sąsiada, bo znam ich na tyle dobrze, że wiem iż te pomysły o KFC i pierogach nie wyszły od nich, tylko wzięli je z telewizji. Bo niby mamy Magdę Gessler, ale o ile w pierwszych sezonach w jakiś sposób jeszcze kulinarnie edukowały Polaków, to dziś jej 'Rewolucje' sprowadzają się do tego, że widz ogląda ten program by zobaczyć w kogo tym razem rzuci talerzem (widziałem trzy odcinki pod rząd, w każdym w kogoś rzucała).

Na koniec chciałbym wrócić do mojego pierwszego wpisu na tym blogu, kiedy omawiałem amerykański serial 'Newsroom': to, że żyjemy w rzeczywistości konwencji kulturowych nie oznacza, że musimy im bezmyślnie i za wszelką cenę ulegać.

Szczęśliwego Nowego Roku.
Trwa ładowanie komentarzy...