Nowe oblicza "teatru życia codziennego"

Czytając artykuły z ostatnich dwóch miesięcy na tym portalu, zaobserwowałem pewną tendencję związaną z diagnozowaniem współczesnego człowieka przez pryzmat ról społecznych jakie odgrywa w społeczeństwie. Nie są to jednak tradycyjnie pojęte "wzory zachowań", lecz bardziej "niematerialne typy", odwołujące się raczej do klasycznych teorii temperamentów niż koncepcji ról skodyfikowanych przez Goffmana.

Według klasycznej teorii "quattuor humores" ludzie dzielą się na cztery typy charakterologiczne: melancholików, sangwiników, choleryków i flegmatyków. Sądzono, że typom tym odpowiada przewaga poszczególnych płynów ustrojowych (flegma, krew, żółć i czarna żółć) w organizmie, łączonych z wpływem ciał niebieskich i okresów kosmicznych kierujących ludzkim życiem i zachowaniem, co z kolei determinowało charakter jednostki. Podstawowym założeniem teorii temperamentów, była predestynacja, która wynikała z dziwnego połączenia nauk biologicznych, medycyny i magii. Suma sumarum chodziło o to, że nasz charakter jest od urodzenia ściśle określony i nic w ciągu naszego życia nie możemy zrobić, by go zmienić. Możemy się z tym zgadzać lub nie, ale nie o to chodzi. Teoria ta charakteryzowała się jedną zasadniczą ideą, która dziś bardziej lub mniej została zdyskredytowana, mianowicie faktem, że na to, kim jesteśmy nie ma wpływu ani wychowanie, ani kultura, ani struktury społeczne, w których żyjemy. Wizja nie tylko pesymistyczna, ale też - nieaktualna.



Dzięki Marksowi wiemy, że wpływ na to, kim jesteśmy lub już w nowoczesnym dyskursie, jaką rolę odgrywamy, mają przede wszystkim warunki materialne. Według Freuda - dzieciństwo, wychowanie i popędy. Natomiast Erwin Goffman uważał, że to kim jesteśmy kształtują interakcje społeczne, w których w danym momencie uczestniczymy. Interesująca w kontekście ról, jakie odgrywamy jest teoria Herberta Marcuse'a, który połączył Freuda i Marksa (można by powiedzieć, że Goffmana, też ale książka Marcuse'a "Eros i cywilizacja", która ukazała się trzy lata przed sławną książką "Człowiek w teatrze życia codziennego") z "zasadą performansu", jako że "pod jej rządami społeczeństwo dzieli się na warstwy zgodnie z opartymi na rywalizacji społecznymi dokonaniami jej członków. (...) Ludzie nie żyją własnym życiem, ale pełnią z góry ustalone funkcje. Pracując nie zaspokają swoich potrzeb i nie wykorzystują uzdolnień, gdyż pracują w warunkach alienacji". Kluczowe dla analizy Marcusego jest rozpoznanie, że jednostki nie tylko tolerują performatywną alienację, ale poprzez proces represyjnej desublimacji zaczynąją wręcz czerpać z niej przyjemność. Skutki działania zasady performansu obejmują całe społeczeństwo.

W ostatnim czasie, w różnych artykułach pojawiają się podobne diagnozy odnośnie współczesnej kondycji ludzkiej. Choć autorzy tych tekstów nie stosują nomenklatury starożytnej, wnioski zaskaująco przypominają teorię czterech temperamentów. Tyle, że dziś zamiast flegmatyków mamy lemingi, melancholicy to współcześni pesymiści, sangwinikom odpowiadają narcyzi, a cholerykom - humaniści.

http://natemat.pl/47967,mlodzi-narcyzi-umieja-coraz-mniej-ale-sa-zadowoleni-z-siebie-jak-nigdy

http://natemat.pl/47793,obrona-humanizmu-bez-myslenia-o-czlowieku-nie-byloby-google-ani-yahoo

http://piotrkorek.natemat.pl/47965,latwiej-nauczyc-humaniste-liczyc-niz-inzyniera-mowic

http://rymszewicz.natemat.pl/47927,rzecz-o-slabosciach-humanistow

http://natemat.pl/47089,smutny-pesymista-to-cechy-ludzi-kreatywnych-najlepszych-pracownikow

http://natemat.pl/43751,nacjonalista-maszeruje-leming-siedzi-w-domu

W każdym z tych artykułów przebrzmiewają dwie wykluczające się tendencje. Z jednej storny pewien fatalizm (to, kim jesteśmy nie jest zależne od nas), z drugiej utylitaryzm (to, kim jesteśmy może być przydatne w życiu). Potrzeba wprowadzenia uproszczającej problem taksonomii uwstecznia myślenie o tym, kim powinniśmy być w społeczeństwie i blokuje możliwości pogłębionej autorefleksji. Tak jak napisałem powyżej, można się zgadzać lub nie z teorią temperamentów, ale nie można natomiast wykluczyć możliwości zmiany tego kim jesteśmy poprzez pracę, konstruktywny konformizm i empatię. O tym autorzy artykułów wydają się zapominać. Serwowana jest nam wizja człowieka jako określonej i skończonej struktury, która albo pasuje do współczesnych wymogów kulturowych albo nie. Wizja, z którą nie mogę się zgodzić. Bardzo silnie w tych tekstach wybrzmiewa również idea utylitaryzmu, każdy z autorów bowiem podaje szereg argumentów, które mają bronić danej postawy, ale nie poprzez akceptację tego, kim się jest, tylko poprzez udowodnienie, że dany typ ma zastosowanie w społeczeństwie, może zarabiać kasę; że jest popyt na ten lub tamten typ. Podejście to upraszcza problem, co więcej wprowadza go w orbitę ról społecznych, które nie kierują się zasadą zmiany pod względem przydatności, ale raczej w jakiś dziwny sposób (spójrzmy prawdzie w oczy - medialny) kreują ową przydatność post-factum. Sytuacja ta odzwierciedla współczesną przemianę zasady podażu i popytu, leżącą u podstaw kapitalizmu. Według wielu myślicieli zasada ta przestała obowiązywać, a raczej zmieniła kierunek swojego wektora. Dziś to towar narzuca (poprzez wielorakie strategie marketingowe) potrzebę, czyli odwrotnie do tego jak było kiedyś, że potrzeba wprowadzała towar, który zaspokoi tę potrzebę. Tę tendencję widać w powyższych artykułach, to kim jesteś nie zmieni się, ale spoko, wykreujemy dla ciebie społeczną i rynkową potrzebę na twój typ chrakteru.

W ostatnich tygodniach obejrzałem dwa dokumenty, który ukazują współczesny problem odgrywania ról jako prezentacji siebie, w dość niepokojącym świetle. Amerykański dokument "The Imposter" (2012) w reżyserii Barta Laytona i kontrowersyjny film gonzo Mads'a Brüggera "The Ambassador" (2011). Pierwszy opowiada historię chłopca z miasteczka w Teksasie, który w latach dziewiędziesiątych znika w niewyjaśnionych okolicznościach, po czym po czterech latach zostaje odnaleziony w Hiszpanii i wraca do domu. Z kolei "The Ambassador" to dokumentacja "performansu" duńskiego dziennikarza, który zdobywa nielegalnie akredytacje dyplomatyczne i jedzie do Republiki Środkowoafrykańskiej jako ambasador Liberii by handlować tam 'krwawymi diamentami'. Pierwszy bohater jest socjopatą i kradnie tożsamość komuś innemu, drugi zaangażowanym społecznie dziennikarzem, który tworzy dla siebie zupełnie inną tożsamość, by wyjawić korupcję krajów afrykańskich. Filmy te przywołują, oczywiście w deformowanej postaci, ideę ról społecznych Goffmana. Deformacja polega na założeniu, że odgrywamy jakąś rolę, nie z immanentnej potrzeby współżycia z innymi, lecz dla zabawy.

Wnioski płynące z diagnoz wspomnianych wyżej artykułów i filmów są dosyć niepokojące. Z jednej strony mamy ideę typów, które są wrodzone i to nie my mamy przystosować się do społecznego zapotrzebowania, tylko ono do nas. Z drugiej strony, tradycyjnie pojęta rola społeczna przeszła z obszaru realnej skuteczności społecznej w sferę zabawy; tudzież w najlepszym przypadku zabawy związanej ze sztuką, w najgorszym z psychopatologią. W każdym z tych wariantów wyeliminowana jest opcja zmiany siebie (pracy nad sobą) w kontekście pozytywnie pojętego i kreatywnego konformizmu. Bo albo to oni muszą się zmienić i mnie zaakceptować albo zmieniam się całkowicie, stając się kimś zupełnie innym. Czy tylko takie opcje nam pozostają?

Praca nad zmianą siebie, jest procesem trudnym, czasochłonnym, często karkołomnym i bolesnym. Nie zawsze efekt pokrywa się z celem, ale to co odkrywamy w trakcie jest bezcenne. Żeby ten proces miał sens, musi być dokonywany w jakiś ramach społecznych, musi być ilorazem naszej narcystycznej wizji samego siebie i tego jak mnie widzą inni i jakie mam obowiązki wobec drugiego człowieka. Nie może polegać na postawie wykluczającej (albo mnie akceptujesz albo nie, ja w każdym razie się nie zmienię) ani ironiczno-performatywnej (dziś będą taki, a jutro taki), bo wtedy prowadzi jedynie do pozy rozmycia tożsamości w wielości (aktorskiej "schizofrenii") lub izolacji (aktorski "solipsyzm"). Na koniec chciałbym zakończyć performansem Oliviera De Sagazana, który w sposób brutalny, ale prawdziwy, ukazuje jak trudny i "brzydki" jest proces zmian, ale też jak bardzo ubodzy bylibyśmy bez podejmowania takich prób.

"Transfiguration" by Olivier De Sagazan
Trwa ładowanie komentarzy...