O autorze
Filozof, kulturoznawca i początkujący pisarz. Wieloletni wykładowca SWPS w Warszawie. Absolwent filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i instruktor nurkowania. Zajmuje się filozofią kultury, antropologią i estetyką; obecnie kończy powieść i podróżuje. Autor książki ‘Efekt Lalki. Lalka jako rzecz i obraz’ i redaktor naukowy publikacji "Kulturowe wymiary ludobójstwa". Na razie, nie ma domu.

Współczesne zjawisko "dwudziestojednolatków" czyli rzecz o teatrze

Kilka dni temu umówiłem się na piwo z pewnym aktorem, który kiedyś był moim bliskim przyjacielem. W trakcie rozmowy, jako powód naszego oddalenia, podałem m. in. jego postępujący infantylizm, zarówno w zachowaniu jak i podejściu do życia. On bez żenady odpowiedział, że taki właśnie jest jego cel, bowiem uwielbia dwudziestojednolatków. Wracając do domu zacząłem się zastanawiać (sam mając trzydzieści dwa lata), co może być dziś tak pociągającego w byciu dwudziestojednolatkiem? Chciałbym mieć ich skórę, włosy, zęby, a przede wszystkich wątrobę i płuca, ale mentalność? Nigdy.

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że moje wywody bazuję na daleko posuniętej generalizacji. Nie uważam, że wszystkich młodych ludzi charakteryzują poniższe właściwości, na pewno jest wiele wyjątków. Z góry zatem przepraszam, jeżeli kogoś należącego do tego pokolenia urażę, nie jest to mój zamiar. Raczej chodzi mi o ukazanie pewnych rys kulturowych tego pokolenia, ze szczególnym uwzględnieniem takich postaw, jakie prezentuje mój eks-przyjaciel, dlatego w dużym stopniu traktuje "dwudziestojednolatków" jako metaforę pewnej współczesnej postawy wobec rzeczywistości, niekoniecznie jednoznacznie związanej z metryką. Znam wielu trzydziesto- a nawet czterdziestolatków, którzy są lub pragną być "dzwudziestojednolatkami".



Nie bez konsekwencji jest fakt, że inspirację do tego tekstu dostarczył mi aktor, jedną bowiem z głównym cech tej grupy, jest nieustanna samoprezentacja. Coś, co Susan Sontag, w swoim sławnym tekście z 1964 roku (i do dziś - a może właśnie szczególnie dziś - aktualnym) "Notatki o kampie" nazywa "estetycznością wyzwolną" czyli postawą zobojętnienia na wszystko, co nie jest poddane prawu widowiskowego przedstawienia, życia, rozumianego jako wciąż dziejąca się samoprezentacja. Jest to “odmiana wyrafinowania, która jednak wyrafinowaniem nie jest”. Najogólniej rzecz ujmując, dzisiejszych "dwudziestojednolatków" charakteryzuje umiłowanie tego, co nienaturalne - sztuczności i przesady, wszystko poddane jest osądowi smaku. Wszelkie sądy moralne lub poznawcze są zawieszone na rzecz estetyzacji, czyli przeżywania sytuacji, w której się uczestniczy, niejako z pozycji obserwatora - przyglądaniu się faktom i specyficznemu delektowaniu się nimi na poziomie filmu lub przedstawienia. Podstawowymi narzędziami poruszania się w rzeczywistości jest ironia, prześmiewczość, prezentacja, ekshibicjonizm, spektakl, gest, zabawa, przyjemność, negatywne samookreślenie, kicz, dobrowolne samowykluczenie z obszaru kultury oficjalnej i eskapizm. Innymi słowy główną rysą tej grupy jest brak definicji, ale nie na poziomie bycia nieokreślonym, tylko nieustannej płynności i wymiany definicji, prowadzącej do całkowitego ich zatarcia. Dzisiejsi "dwudziestojednolatkowie" nie tworzą żadnej subkultury (hipsterzy nie są subkulturą lecz postawą estetyczną), nie mają żadnego wspólnego programu ideologicznego, wszystko można wykorzystać estetycznie, wszytsko podlega ciągłej fluktuacji.

Wśród "dzwudziestojednolatków" silnie propagowany jest indywidualizm, tylko pojęty dosyć pokrętnie, bo z jednej strony kładzie się nacisk na to by każdy był inny, wyjątkowy, każdy powinien promować w sobie cechy, które go wyróżniają od reszty społeczeństwa, a z drugiej strony prezentacja tej wyjątkowości odbywa się tylko w sytuacjach stadnych. Paradoks ten, nie polega na udawaniu indywidualizmu czy udawaniu czegokolwiek (w rozumieniu manipulacji), gdyż to zakładałoby, że coś jest do ukrycia, a tutaj nie ma nawet stabilnego poziomu by dokonać takiej weryfikacji. Kategorie fałszu i prawdy zostały zatare lub poprostu wyeliminowane. "Dwudziestojednolatkowie" nie są świadomi takowej sprzeczności. Jest to zatem udawanie, jedynie pod tym względem, że ukrywa pustkę. Zjawisko według mnie, ze wszech miar smutne, gdyż stanowi objaw tego, iż skończyły się czasy ideologii, skończyły się czasy subkultur, które konotowały pewne cechy, pewne właściwości, pewne określone podejście do życia i postępowania. Tutaj rządzi płynność egzystencji (Bauman), która choć z założenia wpisuje się w szeroko pojęty program indywidualizacji, w rezultacie powoduje zatarcie wszelkich cech specyficznych.

Cechą każdego młodego pokolenia dotychczas była kontestacja, programowa antyspołeczność, liberalizm obyczajowy, wolność, kreatywność. U "dwudziestojenolatków", to wszystko jest propagowane, celebrowane ale tylko w wymiarze pojęć, które nie pokrywają się z żadnymi konkretnymi działaniami; nie ma potrzeby realizowania idei buntu, wystarczy siebie określić jako buntownika w stadzie. To samo tyczy się kreatywności, która - jeżeli w ogóle - realizowana jest jedynie na poziomie towarzysko-knajpowym, nie przeciąga się jej na jakieś szersze działania kulturotwórcze czy społeczne. Została tylko otoczka, wydmuszka, fasada buntu. Co z kolei prowadzi do zaniku bliskich relacji z drugim człowiekiem, większość spotkań charakteryzuje się dynamiką fejsbuka: status, komentarz, lajk, filmik z youtube'a. Jeżeli przyjrzymy się na przykład rozmową knajpowym, to bardzo często można zauważyć nagłe urwanie jakiegoś wątku (przeważnie sprowokowane żartem lub dystansującą ironię), który dotyka zbyt poważnych lub intymnych kwesti.

Apoteoza pracy, to kolejna cecha wyróżniająca "dwudziestojednolatków". Każdy musi nieustannie nad czymś pracować. Nie można nic nie robić, bo nawet jak się nic nie robi, trzeba udawać, że jednak coś. Czas wolny od pracy nie istnieje, odpowiedź "nic" na pytanie "co u ciebie słychać?" z automatu dyskredytuje nas jako ludzi, świadczy o tym, że nie jesteśmy "aktywni" zawodowo, towarzysko, seksualnie itp. Ten stosunek do pracy przypomina trochę bulimię - nie-praca jest źródłem wstydu, dlatego trzeba ją ukryć (zwymiotować) pod maską nad-aktywności, nawet jeżeli (a sumie przede wszystkim) pozornej. Wyróżnia to dzisiejszych "dwudziestojednolatków" na tle dotychczasowych pokoleń, które przede wszystkim charakteryzował anty-pracowy stosunek do rzeczywistości, gdyż praca utożsamiana była z porządkiem społecznym, do którego nie chcieli się wpisywać, który z założenia kontestowali.

"Dwudziestojednolatek" to smutny człowiek, który jednak za wszelką cenę to ukrywa. Wola walki o ideały (bez względu jakie) uznawana jest za konserwatyzm, świadczy o małostkowości, samodoskonalenie się nie może wykraczać poza ściśle określony kanon, a pogłądów lepiej nie mieć, gdyż trzeba by się z nimi identyfikować i co najgorsze, zostać przez nie określonym, co z kolei musiało by prowadzić do zmian, których "dwudziestojednolatkowie" boją się jak ognia. Dlatego tak popularne jest tzw. środowisko hipsterów, gdzie nie wymaga się ani walki o swoje racji, ani nawet posiadanie ich. Tworzy się więc wspólnota, która nieustannie poklepuje się po ramieniu, mówiąc, że wszytsko jest OK, lubię to i utwierdza się w stanie inercji. Nikt poprzez krytykę nie stawia nikomu wyzwań, które stanowią motywację do zmian. Uwrażliwiam na różnicę pomiędzy samoprezentacją a samorealizacją, ta druga choć istnieje pojęta jest raczej jako kreowanie swojego wizerunku, część stylingu.

A może, ze mną jest coś nie tak, pomyślałem, wracając tego wieczoru ze spotkania z aktorem i przechodząc obok grupki "dwudziestojednolatków", wyglądających na szczęśliwych. Czy moje rozważania nie są wynikiem jakiegoś starczego resentymentu? Nieumiejętności przystosowania się do nowych realiów społeczno-kulturowych? Może, choć jeżeli tak ma wyglądać przyszłość, to trochę się boję. Niektórzy stwierdzą, że to tylko faza, zawsze przecież było tak iż starsze pokolenia nie rozumiały i krytykowałe młodsze. Prędzej czy póżniej "nawrócą się". Nie do końca, gdyż opisana powyżej charakterystyka o tyle jest wyjątkowa w kulturowej historii, że żyjemy w czasach gdzie rzeczywistość kreowana jest przez media i rynek, kiedy programowo odchodzi się od wyzwania związanego z budowaniem trwałych wspólnot, bazujących na głębokich więziach społecznych i relacjach międzyludzkich, dlatego że nie są skuteczne – zostały zdyskredytowane. Rzeczywistość społeczna staje się takim samym produktem marketingowym jak puszka coca-coli czy nowy iPhone, więc będzie tak formowana by przede wszytskim przystosować się do konsumenta. "Dwudziestojednolatkowie" nigdy nie dostaną przysłowiowego "kopa w dupę", tylko raczej będzie się ich podtrzymywać w mniemaniu, że tak należy żyć, ergo nic się nie zmieni, każdy pozostanie w tym samym miejscu, w jakim obecnie się znajduje, nawet mając pięćdziesiątkę na karku.

Czy postawę aktora, z którym spotkałem się tego dnia na piwie, można nazwać adaptacyjną czy uwsteczniającą? Zapewne dopiero czas pokaże. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że dziś właśnie aktorzy są najlepiej predysponowani do zadawalającego funkcjonowania w tej "nowej wspaniałej" rzeczywistości, w tym sensie ze wszystkich zawodów jest to obecnie najbardziej przyszłościowy. A może ich adekwatność do współczesnych realiów, wynika z faktu, że umieją jak nikt inny żonglować swoimi pragnieniami wobec życia, tylko czy to nie oznacza, że tak naprawdę, żadnych nie mają?
Trwa ładowanie komentarzy...